Breithorn i Furggen, 18-23 mar 2007

Z powodu różnorodnych trudności organizacyjnych wyjazd o charakterze ski-alpinistycznym nie doszedł do skutku, ale udało się znaleźć wariant awaryjny: dołączyć się do grupy jadącej na wyciągi. Szczęście mi sprzyjało, znajomi-znajomych jechali do Cervinii i mnie przygarnęli. Wyjazd okazał się bardzo udany, nie tylko poznałem ludzi którzy nie mniej niż ja lubią białe szaleństwo, ale też miałem okazję dołaczyć do teamu Ski-Magazynu jako jeden z testerów. Codziennie “objeżdżałem” 2-3 pary nowych desek. Było to ciekawe doświadczenie, dzięki temu ani przez chwilę nie dopadło mnie uczucie znużenia, które zwykle pojawiało się na dłuższych wyjazdach. Skutecznie zwalczyłem je przesiadając się z narty slalomowej na gigantową, potem dla odmiany kilka zjazdów poza trasą na narcie crossowej i nawet nie zauważyłem kiedy minęło 6 dni....

Bardzo ożywczo działały też na mnie widoki: z gondolki, trasy a nawet hotelu mogłem oglądać Matterhorn, choć On nie odrazu ukazał się w całości. Zdjęcie widoczne poniżej udało się zrobić dopiero w 4-tym dniu, bo Góra wcześniej cały czas skromnie okrywała się lekko prześwitującymi obłokami, tym skuteczniej pobudzając wyobraźnię... Zresztą Matterhorn nie jest jedyną ozdobą Cervinii, oprócz urokliwych formacji skalnych widocznych obok dookoła można stąd oglądać kilka alpejskich czterotysięczników...



No właśnie, zastanawiałem się, czy wyciągowe atrakcje ośrodków Cervinia-Zermatt mogłyby całkowicie zaspokoić moja potrzebę zdobywania? Okazało się, że nie.... Z rozpoznania które zrobiłem przed wyjazdem przy pomocy Internetu a przede wszystkim przewodnika: “Alpejskie czterotysięczniki” wiedziałem, że ponad ośrodkiem dumnie wznoszą się stosunkowo łatwo dostępne – jak na alpejskie warunki – szczyty Breithorn, Castor i Pollux. Z Cervinii można wyjechać wyciągami na Plateau Rosa na wysokość ok 3500n.p.m., a z Zermatt nawet na 3800n.p.m na Klein Matterhorn, zatem z Plateau Rosa na główny wierzchołek Breithorn (a jest ich chyba 4) do pokonania zostaje jakieś 650m w górę, ale – uwaga! – jeszcze dość długi odcinek po płaskim. Panormkę wyciągów można znaleźć na www.zermatt.ch oraz www.cervinia.it, a małą mapkę fizyczną Breithornu i okolic wraz z opisem wyprawy znalazłem na stronie: www.exp.toya.net.pl/podroze/bre_poll_castor.html.

Gdy przyjechaliśmy pogoda była pewna, ale zapowiadało się pogorszenie, nie zostało mi nic innego jak zaatakować Breithorn już w pierwszy dzień... Po zwiedzeniu tras narciarskich w Cervinii zabrałem sprzęt ski-touringowy z hotelu i ok 13:30 wsiadłem z powrotem do gondolki. Ok 14 byłem na Plateu Rosa, gdzie przykleiłem foki i od razu ruszyłem. Było to jeszcze przed zmianą czasu na letni, wiedziałem, że do zmroku mam jakies 4,5 godz. Pora okazała się bardzo własciwa, zwłaszcza, że w środku dnia w godz 11-13 prawie codziennie pogarszała się widoczność, mgła nie była zbyt gęsta, ale powodowała brak kontrastu i nie widziało się dokładnie śnieżnego podłoża, co mnie osobiście bardzo przeszkadzało.

Pierwszy odcinek podchodziłem trasami wyciągowymi, wzdłuż granicy Włosko-Szwajcarskiej, mniej więcej tak jak idzie czerwona linia na zdjęciu. Wierzchołek Klein Matterhorn jest skalisty, podobno turyści często tam wychodzą ale ja nie próbowałem. Pomimo, że do 3000m śnieg się topił, powyżej Plateu Rosa robiło się coraz zimniej. Zaczynałem też odczuwać wysokość. Nie szedłem szybko, ale oddech miałem lekko przyspieszony, a przede wszystkim czułem lekkie osłabienie.







Najprostsza droga prowadzi od strony północnej, południowe ściany są skaliste i prowadzą tam tylko drogi wspinaczkowe. Minąłem Klein Matterhorn i wszedłem na duże platteau. W razie mgły łatwo można tu zabłądzić. Nie było wiatru, ścieżka pod Breithorn była wydeptana. Minąłem też 20-osobową grupę zjeżdzającą już z Breithornu. Rozmawiałem z nimi rano pod wyciągiem, byli to kursanci, ich instruktor potwierdził informacje z przewodnika i Internetu, że nie ma szczelin w najbliższej okolicy i wiązanie się liną nie jest konieczne. Pokonanie prawie płaskiego odcinka od Klein Matterhornu do zbocza Breithornu zajęło mi ok pół godziny, ale z każdym krokiem widok robił się coraz ciekawszy. Nie udało mi się zidentyfikować każdego szczytu, potencjalnie w zasięgu wzroku były: Liskarmn i Monte Rosa (na zdjęciu obok), oraz wszystkie wierzchołki Breithornu, Pollux i Castor (na zdjęciu poniżej, w prawo od Breithornu).

Podejście na Breithorn nie było długie, ale bardziej strome i twarde niź się spodziewałem. Nachylenie przypominało mi zjazd z Koziego Wierchu do doliny 5-ciu Stawów. Śnieg był bardzo twardy, foki się ślizgały. Założyłem pod buty dawno już nie używane noże lodowe i już bez większych trudności wyszedłem na szczyt. Dzięki nożom nie musiałem zdejmować nart, ale wyjście w samych butach bez raków byłoby dość ryzykowne. Podejście z Plateau Rosa zajęło mi 2h 20 min czyli dość długo, to wysokość dawała się we znaki.

Zjazd również trwał nieoczekiwanie długo. Twardość stoku nie była problemem, nawet lodowa skorupka widoczna na zdjęciu jako ciemniejsza plama pod szczytem dałaby sie przejechać, ale wolałem ją ominąć trawersując w lewo. Za to co kilka skrętów zatrzymywałem się, nie tylko aby odpocząć, ale też aby znaleźć w miarę równy stok, co nie było wcale łatwe. Muldy były mało przyjazne, ich wysokie na pół metra pionowe ścianki łatwiej było omijać niż przeskakiwać. Zdecydowanie więcej przyjemności ze zjazdu doświadczyłem w naszych Tatrach, ale dla satysfakcji zdobycia 4-tysięcznika warto było się pomęczyć. Lekko pracując kijkami pokonałem płaski kawałek aż do Klein Matterhorn, starając sie nie opuszczac wydeptanej ściażki i około godzinę (tak, trzeba sobie zostawić trochę czasu!) od rozpoczęcia zjazdu znalazłem się na wyratrakowanych trasach Zermatt. Stąd uważając, aby nie pomylić drogi i zjechać do Cervinii z dużą przyjemnością ogrzewałem się w ciepłych promieniach słońca, które ku memu zdziwieniu wcale jeszcze nie zachodziło, pomimo, że było już po 17-tej.







Czułem jak z każdym kilometrem przejechanym w dół wracają mi siły.

Dopiero kiedy już w zjechałem do miasteczka, poczułem pełna satysfakcję, bo uświadomiłem sobie, że naprawdę zdobyłem Breithorn!

W trzecim dniu pogoda nie rozpieszczała, z powodu silnego wiatru większość wyciągów nie chodziła. Można było albo jeździć gondolką na dole i z trudem przebijać się przez przestraszone grupy początkujących narciarzy skumulowane na 3 wylodzonych trasach, albo... ...albo iść na foki! Taki właśnie wariant wybrałem. Moim celem była przełęcz w grani Furggen (na zdjęciu obok, z zaznaczoną trasą zjazdu), grań ciągnie się od Matterhornu przez Testa Grigia, Goba di Rollin aż do Breithornu. Tamtędy idzie granica Włosko-Szwajcarska. Przełącz była całkiem dobrze widoczna w momencie kiedy zaczynałem podejście, ale widoczność powoli się pogarszała. Zdjęcie zrobiłem z parkingu w Cervinii 3 dni później. Dolinka którą podchodziłem była w miarę osłonięta od wiatru, ale snieg był tam dość mocno przewiany, dlatego noże lodowe znowu okazały się bardzo przydatne. Podejście ok 800 metrów w góre tym razem zajęło mi niecałe 2 godziny. Kiedy widoczność się całkiem zepsuła i dodatkowo trafiłem na kopny śnieg jakieś 100-200m od przełęczy zabrakło mi odwagi, odkleiłem foki i zjechałem. Nie było stromo ani trudno, ale zjeżdżałem pewnie niewiele szybciej niż podchodziłem. Kiedy pod koniec poczułem pod nartami wyratrakowaną trasę, odetchnąłem z ulgą. Jeśli mogę cos komuś radzić, to warto na KAŻDĄ wycieczkę w nieznanych górach wybierać się z partnerem a najlepiej w większej grupie....

Podobno trasy wyciągowe w Zermatt były ciekawsze i warunki śniegowe były lepsze, ale jeździłem tylko w Cervinii mając nadzieję, że pogoda się poprawi i ruszę na góre, więc sam nie sprawdziłem.

Krzysiek Rogoż